Najstarszy taksówkarz

Łodzianin Stanisław Pełka skończył właśnie 79 lat i jest najstarszym taksówkarzem w Polsce! Za kierownicą samochodu spędził 52 lata i przejechał już ponad trzy miliony kilometrów. Zdrowie mu dopisuje, więc o zaprzestaniu wożenia pasażerów, nie myśli. Nigdy nie palił, alkohol pija okazjonalnie i uwielbia kobiety.

Łodzianin Stanisław Pełka jest najstarszym taksówkarzem w Polsce - skończył 79 lat! fot. Łukasz Kasprzak

- Kobiety to mój jedyny nałóg - śmieje się taksówkarz, który swoją zawodową karierę zaczynał w 1958 roku w samochodzie marki warszawa.

- Auto kupiliśmy wspólnie z kolegą za 132 tys. zł i jeździliśmy na zmiany - wspomina. - Przez te wszystkie lata miałem siedemnaście samochodów, wśród których były warszawy, skody, fiaty, polonezy, dacie, wołga i mercedes. Mercedesem jeżdżę do dziś - silnik Diesla, automat, wygodny, bezawaryjny.

Stanisław Pełka pracuje codziennie. Wyrusza w trasę około 8 rano. Zjeżdża w godzinach popołudniowych. - Są dni, kiedy wożę wnuczka do pracy i wtedy wstaję o 4.30 - dodaje jubilat. - Jedynym plusem tej wczesnej pory jest to, że ulice są puste i swobodnie można jeździć. Zupełnie inaczej niż w godzinach szczytu komunikacyjnego. Czasami są takie korki, że pasażerowie w połowie kursu płacą i wysiadają.

Taksówkarz w imieniu swoim i kolegów apeluje do władz Łodzi, by zezwoliły im na jazdę lewym pasem ulicy Piotrkowskiej - tym wydzielonym dla MPK.

- Przecież wykonujemy zawód szczególny, bo świadczymy usługi dla mieszkańców Łodzi - tłumaczy najstarszy łódzki taksówkarz. - I to nie chodzi o naszą wygodę, tylko o łodzian, by szybciej mogli dojechać do celu.

Pan Stanisław na zdrowie nie narzeka - co roku przechodzi badania i psychotesty - i zapowiada, że jeśli jego forma będzie wciąż tak wysoka, to nie planuje odwieszać kluczyków.

* * * * *

Stanisław Pełka jest autorem specjalnego przewodnika dla łódzkich taksówkarzy. Opisał w nim miejskie ulice i postoje. Przez wiele lat, zanim pojawiła się nawigacja, była to prawdziwa biblia dla zmotoryzowanych.

* * * * *

W Łodzi jest jeszcze jeden 79-letni taksówkarz. Tadeusz Olejniacz zawodowo na taryfie jeździ od 1966 roku, ma więc staż krótszy od pana Stanisława o 8 lat.
(tj)

Dziś światowy dzień pizzy

80 cm średnicy i 4 kg wagi - pizzę o takich parametrach upiekli wczoraj pracownicy pizzerii na rogu ulic Rzgowskiej i Leczniczej. Gigantycznym wypiekiem rozpoczęli świętowanie, przypadającego dzisiaj, Międzynarodowego Dnia Pizzy.

Iwona i Karol Zielińscy z największą wypieczoną wczoraj w Łodzi pizzą. fot. Jarosław Ziarek

Specjał był prawie dwukrotnie większy od tych dużych, przyrządzanych na co dzień (tradycyjna duża pizza ma 45 cm średnicy i waży 1,5 kg).

Do przygotowania giganta wykorzystano, oprócz ciasta i sosu, 20 dkg kurczaka w przyprawie gyros, 17 plasterków boczku, 16 plasterków szynki, po 15 plasterków salami i pomidora, garść czerwonej papryki, ser gorgonzola oraz sałatę rukolę.

- Pizzę przygotowaliśmy w 10 minut, czyli o dwie minuty dłużej niż tradycyjną - mówi Karol Zieliński, nadzorujący wypiek giganta. - Ten dodatkowy czas był potrzebny na rozwałkowanie ciasta, którego było dwa razy więcej niż zwykle (wałkowanie trwało 4 min). Później minuta na nałożenie składników, na pięć minut do pieca i gotowe.

Włoskim specjałem zajadają się rzesze łodzian. Na terenie miasta jest prawie sto pizzerii. Tylko w jednej z sieci posiadających cztery lokale tygodniowo wypieka się aż 3 tys. porcji pizzy (!).

- Łodzianie nie są wybredni w wyborze składników, z których pizza jest przyrządzana - mówi Izabela Borowska, dyrektor ds. rozwoju firmy posiadającej pizzerię m.in. przy ul. Piotrkowskiej. - Najczęściej wystarcza im ser, szynka i pieczarki. Tylko niektórzy decydują się na coś bardziej egzotycznego jak owoce morza czy bakłażan.

Wielu łodzian przygotowuje pizzę w domu lub też kupuje w sklepie.

- Średnio w tygodniu sprzedajmy 100 pizz mrożonych - mówi Ewa Rytter z marketu przy al. Piłsudskiego. - Jeszcze 5 lat temu liczba ta była o połowę mniejsza.
(izj)

Czy ŁKS upadnie?

Wydawało się, że nic nie może stanąć na przeszkodzie przyjęcia nowej spółki ŁKS w poczet członków najpierw ŁZPN, a potem PZPN. Przygotowane papiery są w idealnym porządku. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie punkt B paragrafu 9, przez który może upaść ŁKS.

fot. Łukasz Kasprzak

Mówi on o tym, że jeżeli do 16 lutego nowy ŁKS nie zostanie dokapitalizowany sumą 3,5 miliona złotych, ulega rozwiązaniu.

- Tego punktu dla PZPN mogłoby w ogóle nie być - mówi prezes ŁZPN Edward Potok. - Nikt nie wymaga takich deklaracji. Nie wiem, dlaczego znalazł się w papierach. Sprawia, że w ostateczności, gdyby nie było i starej, i nowej spółki ŁKS, zobowiązania musiałby spłacać PZPN. Na to nikt w związku się nie zgodzi.

Wszystko przez miejską politykę. Prezes ŁKS - Dariusz Gałązka - boi się, że układ rządzący dziś Łodzią, zostawi go, mówiąc brutalnie, na lodzie. I w razie wycofania się miasta ze spółki on osobiście będzie musiał spłacać milionowe zobowiązania!

Dlatego twardo obstaje przy swoim i twierdzi, iż nie jest władny podjąć decyzji o wykreśleniu punktu B z umowy. Mamy zatem pat, który może ostatecznie pogrzebać klub z ponadstuletnią tradycją.

Teraz ruch należy do komisarza Tomasza Sadzyńskiego. Musi zmierzyć się z tym problemem i podjąć ostateczną decyzję. Zanim ona zapadnie, na godz. 14 zwołał w Urzędzie Miasta spotkanie zainteresowanych stron.

Wszyscy podobno mają dobrą wolę. Nikt z zainteresowanych nie chce być katem ŁKS, bo jak żyć w mieście z takim piętnem na czole. Dyskusji nie można jednak przeciągać w nieskończoność. Decyzja musi zostać podjęta.

W czwartek, o godz. 11, zbiera się zarząd PZPN. On ma zająć się sprawą ŁKS, jeżeli oczywiście dostanie wszystkie niezbędne dokumenty.

Najpierw jednak nowy ŁKS musi przyjąć w poczet swoich członków ŁZPN.

- Mogę zwołać posiedzenie okręgowego związku nawet dziś późno wieczorem - mówi Potok. - Liczy się każda godzina. Wszyscy w ŁZPN zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji. Wierzę, że sprawę uda się pozytywnie rozwiązać.
(pas)

Bałagan z kostką

Dopiero za czwartym podejściem, po tygodniu od podjęcia decyzji o remoncie, służbom miejskim udało się zdemontować z ulicy Piotrkowskiej część zniszczonych przez mrozy kostek z Pomnika Łodzian Przełomu Tysiącleci. Wczoraj, zamiast wyjąć wszystkie ruszające się elementy, robotnicy z Łódzkiego Zakładu Usług Komunalnych usunęli zaledwie 150 z 470. Resztę mają zrobić dziś.

fot. Maciej Stanik

Robotnicy, po wyjęciu 150 kostek z nazwiskami (od numeru 3236 do 3385), załatali prawie 3-metrową dziurę masą bitumiczną kładzioną "na zimno". Dziś w ten sam sposób mają potraktować odcinki pomnika o numerach od 4401 do 4525, od 5171 do 5285 oraz od 5571 do 5650. Wyciągnięte z jezdni kostki zostaną zdeponowane w siedzibie Fundacji Ulicy Piotrkowskiej. Mają wrócić na miejsce najdalej do 31 maja.
(msm)

Ze śniegu ulepili... kota

Już ponad 80 śniegowych figur zgłoszono do konkursu na Superbałwana "Expressu Ilustrowanego", który rozpoczęliśmy w zeszły piątek.


Wśród kandydatów znalazły się niezwykle oryginalne postaci, m.in. zakochana para, krokodyl, żółw, a nawet... tygrys! Przypominamy, że twórców najbardziej niezwykłych bałwanów nagrodzimy. Zwycięzca dostanie odtwarzacz MP3, a na zdobywców drugiego i trzeciego miejsca czekają plecaki z firmowymi gadżetami "Expressu Ilustrowanego". Ulepcie waszego bałwana, sfotografujcie go, a następnie wyślijcie (koniecznie podając swój numer telefonu) na adres: aga@express.lodz.pl

Na zgłoszenia czekamy tylko do jutra, czyli do środy (10 lutego) do godz. 12. Wyniki ogłosimy w magazynowym wydaniu naszej gazety, czyli w piątek, 12 lutego.
(aga)

25 lat dla zabójcy z hotelu Boss

35-letni Robert Stańczyk, który udusił swoją przyjaciółkę w pokoju hotelu Boss, został wczoraj skazany na 25 lat więzienia.

fot. Paweł Łacheta

Był to drugi proces w Sądzie Okręgowym. Wcześniej Sąd Apelacyjny w Łodzi uchylił zaskarżony przez prokuratora i pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego wyrok sądu pierwszej instancji, który skazał Roberta Stańczyka na 12 lat więzienia.

Tragedia wydarzyła się 12 marca 2008 roku w pokoju hotelowym. Robert Stańczyk spotkał się w nim ze swoją zamężną 36-letnią przyjaciółką. To ona chciała zakończyć związek, on się na to nie zgadzał. Wybuchła kłótnia. Gdy kobieta chciała wyjść z pokoju, oboje zaczęli się szarpać, wtedy Robert Stańczyk ją udusił. Skradzionym ofierze samochodem uciekł na Wybrzeże. Został zatrzymany na promie płynącym do Szwecji.

- Są zabójstwa, w których agresja przeciwko życiu trwa sekundy, czasami jest to odruch. W pana przypadku agresja trwała minuty, podczas których zaciskał pan ręce na szyi. Był czas, aby pomyśleć, zastanowić się, opamiętać. Miał pan świadomość, że pozbawia życia młodą kobietę, matkę małego dziecka - zwracał się wczoraj do oskarżonego sędzia Marek Surmacz, uzasadniając surowszą karę.

Do tego oskarżony zacierał ślady, schował zwłoki w szafie. Na chłodno planował kolejne przestępstwa. Ukradł karty kredytowe, uciekł samochodem ofiary.

- Jeśli w ogóle można mówić o satysfakcji, to ten wyrok jest satysfakcjonujący - skomentował mąż zamordowanej kobiety.

Wyrok nie jest prawomocny.
(mr)